Jak nie zostałam biologiem i nie zniszczyłam sobie życia.

Czy ja jeszcze potrafię skleić kilka słów w sensowne zdania? I chociaż piszę teraz więcej niż kiedykolwiek- nie kojarzy się tego ze mną. Chociaż podobno udaje mi się czasem przemycić cząstkę siebie.

Opowiem Wam, jak nie zostałam biologiem.

Chciałabym sama wrócić do tego tekstu za kilka lat i przyklasnąć mojej szczęśliwej decyzji. Ale zacznę od początku, bo nie wszystko jest przecież jasne.

Od dziecka kochałam czytać i nie byłoby w tym nic specjalnego gdyby nie to, że kolejne książki po prostu połykałam w całości. To nie były dwucyfrowe liczby w skali roku. Spokojnie przekraczałam 300. Oczywiście, z wiekiem ta liczba malała, ilość stron rosła, tematyka mocno się zmieniała. Dużo się w ten sposób nauczyłam: nie popełniałam nigdy błędów ortograficznych i miałam naprawdę bujną wyobraźnię. 

Ty nigdy nie będziesz lekarzem

W gimnazjum trafiłam na najwspanialszą nauczycielkę biologii na świecie. Ba! Najlepszą nauczycielkę w mojej całej wyboistej ścieżce edukacji. Pokazała mi, że biologia to nie tylko wkuwanie na pamięć- to terenowe zajęcia, ciekawe konkursy i cały ogrom wiedzy. Każdy, kto dobrze się uczył mówił: będę lekarzem. Nic dziwnego, bo chociaż nie jest to łatwy zawód to jednak wciąż jest bardzo prestiżowy.
I wtedy usłyszałam, że ja tym lekarzem nie będę.
Rozumiecie to? Bardzo dobre oceny z biologii, całkiem nieźle szło mi wtedy z chemii, a ja słyszę, że na nic mi się to nie przyda?

Uparta jak osioł

Poszłam do liceum, najlepszego w województwie, gdzie poznałam fantastycznych ludzi i naprawdę dobrą kadrę nauczycielką. I rozszerzyłam, oczywiście, biologię i chemię. Słyszałam cały czas: ale Ty powinnaś iść w innym kierunku! A ja się uparłam, drążyłam, męczyłam i skończyłam...

3 lata nadziei, 2 lata porażki

Zaczęłam studia z biologii medycznej, nawet nieźle sobie radziłam. Zaczęłam naprawdę lubić to, co robię. Obroniłam się, miałam fantastyczną promotorkę. Ale poszłam na studia II stopnia.
I tak wyszło, że obrzydziły mi one absolutnie wszystko.
Po pierwsze, perspektywa pracy w zawodzie była dla mnie okropna. Chciałam zostać dydaktykiem, ale nie nauczycielem. Prowadzić zajęcia z dziećmi, edukować przez zabawę. I okazało się, że nie potrzebne są mi do tego studia magisterskie.
Po drugie, źle trafiłam. I chociaż można naprawdę podzielić winę, nie zrzucać ją na jedną ze stron, to po naprawdę głębszej analizie i rachunku sumienia mogę powiedzieć, że osoby, które spotkałam wtedy na swojej pseudonaukowej drodze zdeptały we mnie wszystko: od pewności siebie po zapał i chęci.

Rzuciłam studia magisterskie 3 miesiące przed obroną

I chociaż słyszałam: zagryź wargi, dociągnij. To ja już nie miałam nawet siły, bo całą wykorzystałam podczas poprzedniego roku. Na szczęście, znalazłam dużo wsparcia i pomocy, dzięki którym cudem wymknęłam się z zaburzeń depresyjnych i zaczęłam szukać.

Prawie bezrobotna

Czy posypały się super oferty pracy? Oczywiście- nie. Wysłałam CV w odpowiedzi na dziesiątki ofert. Zahaczając o różne branże, w akcie desperacji także o laboratoria (chociaż bałam się jak diabeł święconej wody, że będą mnie chcieli).
Nie chciałam już siedzieć przy probówkach. Miałam ten komfort, że cały czas miałam pracę, nie mieszkam sama, a z narzeczonym, więc nikt mi nie trzymał noża pod gardłem.
I kiedy miałam zacząć się poddawać: mignęła mi oferta pracy.

Ja? Redaktorem?

Totalnie bez wiary w swoje możliwości odpowiedziałam na ofertę pracy dla jednego z większych portali. Dostałam zadanie rekrutacyjne, odesłałam, załatwione. I mnie wzięli!
Rozumiecie to? Wybrali mnie, spośród setek nadesłanych artykułów. I dalej piszę.

Przecież Ty umiesz w ludzi

To zdanie słyszałam często. Byłam bardzo dobrym animatorem, klienci naprawdę mnie lubili, potrafię się dogadać praktycznie z każdym. Ale nie dawałam sobie powiedzieć, że ja, dusza ekstrawertyka, kreatywny umysł i kameleon literacki, do czegokolwiek się nadam. Bo skoro nie poszło mi na studiach, a całe życie cisnęłam tę nieszczęsną biologię, to jestem do dupy.

Gówno prawda

Nigdy nie daj sobie tego wmówić. Jeśli chociaż przez chwilę, na samym dnie serca, w jednym przebłysku myśli, poczujesz się dobrze to znaczy, że warto. Po prostu warto. I nie będzie lekko, nie przyjdzie od razu, nie pogłaszcze po policzku i nie będzie puchato i milusio.
Aż w końcu los się uśmiechnie i wyciągnie rękę. Ta ręka nie jest długa, więc żeby ją chwycić będziesz musiał trochę podskoczyć. Później już będzie z górki.

Mówię to ja, Ewa. Z wykształcenia biolog medyczny, specjalność: diagnostyka molekularno-biologiczna.
Z zawodu obecnie redaktor.  

Komentarze

Popularne posty